Relais, Kraków 2008

Środa, 24 września 2008

Niektórzy z uczniów V Zakładu rozpoczęli ten dzień normalnie: pobudka, toaleta, śniadanie, w końcu wyjście do szkoły najwcześniej na ósmą...

Pewien człowiek musiał jednak wstać wcześniej.

Musiał wstać wcześniej, gdyż jego zadaniem było odebranie pierwszej z delegacji przyjeżdżających na jesienną sesję Sztafety Pamięci: Paryżan z Liceum Moliere.

Wspomagany wcześniejszymi wizjami lokalnymi oraz zwiadem informacyjnym przeprowadzonym uprzednio, bezproblemowo wykonał swoją misję dowożąc wyżej wymienioną reprezentację.

Podobne zadania otrzymali również inni agenci, przywożąc reprezentację z Marsylii, odbierając reprezentacje z Anglii, Austrii i Niemiec, oraz zawożąc nauczycieli na miejsce ich zakwaterowania.

Po wykonaniu zadania, agenci transportowi oraz agenci kwaterunkowi udali się ku zasłużonemu relaksowi, z wytycznymi aby spotkać się następnego dnia na ceremonii otwarcia o godzinie 9 rano.

Czwartek, 25 września

Czwartek oraz piątek miały być dniami wytężonej pracy. Kiedy wreszcie (około godziny 9:00 z niezauważalnym niemal poślizgiem) udało się zebrać rozentuzjazmowaną, sztafetową ekipę w najbardziej reprezentacyjnej sali w naszej szkole, bardziej znanej jako A-u-la (a kojarzonej szeroko z miejscem egzekwowania wiedzy w postaci klasówek wszelkiej maści), mogliśmy ochoczo zakasać rękawy i przystąpić do spraw poważnych.

Pierwsze sześćdziesiąt minut tegoż dnia upłynęło na ciekawym, choć dla obytych nieco z faktami historycznymi związanymi z Polską, przeciętnie odkrywczym wykładzie dra Macieja Korkucia z IPNu. Opowiedział nam o sytuacji ludności polskiej na terenach okupowanych podczas II Wojny Światowej. Powiedziano kiedyś, że „śmierć jednego człowieka to tragedia, ale śmierć milionów, to tylko statystyka”. Nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem. Liczby potrafią przerażać, oszałamiać, wprawiać w zdumienie. Czy nasi goście przypuszczali, jakie żniwo faktycznie zebrała w Polsce wojna?

Godzina 10:00 wymagała od nas brutalnego wyrwania z, nie powiem, całkiem wygodnych krzeseł. Rozpoczęły się rajdy do miejsc pamięci. Autor (drugi też – Agent Komunikacyjny A) tego tekstu miał w nich niebanalny udział, był bowiem jednym z przewodników. Dzień wcześniej spotkała go jednak przykra niespodzianka. Koleżanka, z którą miał współpracować rozchorowała się, więc sam musiał stawić czoła wyzwaniu...

Nieco zestresowany wstał ze swojego (czy wspominałem już, że całkiem wygodnego?) krzesła i wyczytał z listy nazwiska osób, którym miał przewodzić. Połamawszy sobie język na 7 możliwych sposobów pocieszył się, że jego zagraniczni znajomi prędzej wywrócą hełm na lewą stronę, niż wymówią Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Zebrał swoją grupę i poprowadził w dół po zakładowych schodach. Kiedy wyszli ze szkoły zrobił krótką przerwę i przeliczył swoje owieczki. Wyszła mu całkiem okrągła liczba 14nastu sztuk.

Pierwszy zakręt był strasznym przeżyciem...

Przeszedłszy 100 metrów zorientował się, że 4 jego owieczki zniknęły w gęstym tłumie... a że nie miały dzwoneczków na szyjach...

Rzucił się w powrotną drogę w szaleńczym pędzie by odnaleźć zagubione baranki (mimo, że przecież 10 mu jeszcze zostało). Dogonił je w końcu i zrobiwszy srogą minę, zabrał jednej z nich parasol. Teraz już się nie zgubią, o nie.

Kiedy w końcu udało się dojść w pobliże celu, szczęśliwy zbieg okoliczności pokierował jego krokami. Nie ma to jak spotkać swojego nauczyciela historii szukając miejsc pamięci. Pozorna łatwość dotarcia do celu nie uśpiła jednak jego czujności. Coś czaiło się za rogiem. A dokładniej ktoś. Przewodnik, który: „wolałby jednak mówić po polsku”. Pan było-uzgodnione-że-będzie-po-polskiemu okazał się jednak wybornym socjalistą, a moje tłumaczenie na język angielski nie spowodowało drastycznego spadku wartości jego wypowiedzi. Grupa słuchała z wielką uwagą i pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że lekcja, jaką dostali w byłej siedzibie Gestapo na ulicy Pomorskiej pozwoli im patrzeć z większą uwagą w przeszłość i wielką nadzieją w przyszłość.

Co jeszcze autor pamięta z tego dnia? A choćby krótki wykładzik o Odsieczy Wiedeńskiej wygłoszony głównie do 3 Austriaczek. „Tak, poważnie? To wspaniałe!” :p

Po zjedzeniu całkiem smakowitego obiadku w Gimnazjum nr 1, wróciliśmy do VLO. Zanim jednak przystąpiliśmy do tables rondes, wysłuchaliśmy wykładu pana Thomasa Gläsera o ruchu oporu w Niemczech. Nie wiem, czy mogę całkowicie zaufać swojej pamięci, ale wydaje mi się, że dokonano dokładnie 46 zamachów na życie Adolfa Hitlera. Większość bombowych. Historie zasłyszane od konsula generalnego Republiki Niemiec były niezwykle wręcz godne uwagi. Wszyscy psychopaci cieszą się niebywałą wręcz żywotnością. Bomby wybuchały pod biurkiem, a Hitler żył. Bomby zabijały całą jego obstawę, a Hitler żył. Wszędzie wybuch.. i żaden nie sięgnął celu...

Tematyka tables rondes była ściśle związana z rajdami, w których braliśmy udział. Autor na przykład brał udział w dyskusji z Panią Król i jej małżonkiem. Pani Król spędziła 3 dni w tym, niewątpliwie strasznym miejscu, którym była siedziba gestapo, a pan Król przybliżył nam tajniki ciężkiego życia partyzanta, członka ruchu oporu. Cały dzień zakończył się przygotowaniem prezentacji w Power Poincie, które później zostały przedstawione na forum publicznym.

Piątek, 26 września

Uff, ależ bębnię w tę klawiaturę... O czym ja to miałem? A, tak, piątek.

Piątek rozpoczął się oficjalnym powitaniem gości w Gimnazjum pierwszym. Wykład prof. dr hab. Krzysztofa Pałeckiego był, jak to zgrabnie ująć, podstawą. Absolutną podstawą naszych rozważań. „Dlaczego Pamięć buduje przyszłość?”. Pamięć jest fundamentem, spoiwem wszystkich czasów, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Pamięć jest drogą, którą powinniśmy podążać...

120 kolejnych minut upłynęło pod znakiem tables rondes. Tematy były tym razem nieco mniej związane z przeszłością historyczną, a bardziej poruszające kwestie naszego wspólnego domu: Europy. Przyszłość, pamięć, prawa człowieka, wielcy ludzie Europy, uczenie się na błędach przeszłości były tematem, ale zarazem i celem naszej dyskusji. Szerokopasmowym łączem przebiegały różnorodne argumenty, wypowiedzi, zdania, opinie i pomysły na lepszą przyszłość.

Później nadeszła, moim skromnym zdaniem, kolej na najciekawszy wykład sesji w Grodzie Kraka.

Prof. Skotnicki nienagannym angielskim (choć nie pozbawionym pewnej typowo słowiańskiej wylewności) wygłosił przemówienie o sytuacji Żydów w przedwojennym Krakowie oraz zmianie, jakiej uległo ich życie podczas wojny. Wykład był o tyle wstrząsający, ze pan prof. Skotnicki postarał się, by bardzo dokładnie przybliżyć nam konkretne osoby, sytuacje. Ciężko było pozostać obojętnym na nieszczęście tych ludzi. 65 000 Żydów było w Krakowie przed wojną, zaledwie niektórym szczęśliwcom udało się przeżyć...

Dzień zakończył się spektaklem „Skrzypek na dachu” w przebojowej aranżacji naszych młodszych kolegów z Gimnazjum nr 1. Zagrali swoje role jak prawdziwi profesjonaliści, a gra tytułowej postaci była porywająca. Jedna tylko rzecz była rysą na tym nieskazitelnym obrazie. Jak dobrze wiemy, przedstawienie to jest w gruncie rzeczy musicalem, a kolegom to musiał naprawdę duży słoń na ucho nadepnąć. Co oczywiście nie zepsuło obrazu całości, który był bardzo pozytywny i został nagrodzony owacją na stojąco.

Sobota, 27 września 2008

Ten dzień był punktem kulminacyjnym krakowskiej sesji. Właśnie w sobotę delegacje miały wspólnie odwiedzić najprawdopodobniej najbardziej istotne miejsce pamięci w Polsce, jeśli nie w Europie. Mieliśmy odwiedzić dawny hitlerowski obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

Znów czekała nas wczesna pobudka, a o 7 rano spotkaliśmy się pod teatrem „Groteska”. Zajęliśmy miejsca w autobusach i ruszyliśmy w podróż. Zaczął się zwykły grupom młodzieży gwar, wymiany opinii, poglądów, upodobań... Trwały aż do wyjścia z autobusów.

Samego zwiedzania nie sposób opisać – muzeum prezentuje okrucieństwo, o istnieniu którego trzeba przekonać się na własne oczy. Pewne jest jedno – kiedy jechaliśmy z Oświęcimia do Brzezinki, w autobusie było cicho...

Po zwiedzeniu obozu w Brzezince, który zrobił jeszcze większe wrażenie na naszych kolegach (był bowiem dużo większy i od początku projektowany przez hitlerowców jako „kombinat zagłady”) udaliśmy się na krótką przerwę w celu odpoczynku i posilenia się.

Po obiedzie udaliśmy się do Brzezinki aby przejść przez obóz do pomnika upamiętniającego ofiary obozu Auschwitz w „Marszu Żywych”. Marsz odbył się w ciszy, dopiero na miejscu usłyszeliśmy świadectwo towarzyszących nam dwóch byłych więźniów obozu. Ich opowieść, pełna przerażających szczegółów długo pozostanie w naszej pamięci. Przy pomniku złożyliśmy symboliczne kwiaty a następnie powoli udaliśmy się w stronę autobusów.

Na zakończenie udaliśmy się do pobliskiego kościoła w Harmężach aby obejrzeć wystawę prac p. Mariana Kołodzieja, byłego więźnia obozu w Oświęcimiu, który dopiero po kilkudziesięciu latach zdecydował się przenieść swoje doświadczenia na płótno. Wystawa była szokująca i pełna symboli, niestety, ze względu na małą ilość czasu nie mieliśmy szansy poznać wszystkich szczegółów oraz dokładnej interpretacji każdego z obrazów.

Po obejrzeniu tej wystawy udaliśmy się z powrotem do Krakowa.

Niedziela, 28 września

Niedziela upłynęła pod znakiem gromkich ochów i achów. Nie, nie chodzi bynajmniej o to, że nasze koleżanki z dalekich, zachodnich krain zobaczyły Zakościelnego czy innego Rubika w telewizji. Rozpoczęło się zwiedzanie.

Przemierzając na co dzień ulice Krakowa, jesteśmy straszliwymi niewdzięcznikami. Nie doceniamy bowiem piękna naszego miasta. Chciałbym, choć raz, stać się przysłowiowym Koreańcem i podziwiać królewski gród z pewnym świeżym spojrzeniem. Wawel, Rynek i Kazimierz zauroczyły gości do tego stopnia, że niektórzy z nich zadeklarowali chęć natychmiastowej przeprowadzki do Krakowa. Lepszej reklamy naszego miasta nie można sobie wyobrazić.

Dzień niedzielny, dzień pogodny był czasem spędzonym z rodzinami. Goście opychali się wybornym polskim jedzeniem, w wybornych polskich restauracjach, przy wybornej pogodzie. Lepiej po prostu już być nie mogło.

Co na koniec? To już tyle ode mnie, ale przypomniałem sobie jedną, zabawną sytuację. Pewien Anglik, z którym prowadziłem dość ożywioną rozmowę, zapytał się nagle z uśmiechem prawdziwego szelmy, czy nasze szkoły (VLO i Gim1) rywalizują ze sobą. Spojrzałem na niego przeciągłym wzrokiem i z niezmąconym spokojem odpowiedziałem: „Nie musimy... Jesteśmy lepsi.” Śmiał się przez ładnych parę chwil ;)

Poniedziałek, 29 września 2008

Poniedziałek był dniem pożegnań... oraz, znów, wczesnego wstawania. Opuszczały nas delegacje francuskie oraz angielska. Francuzi z Paryża zebrali się o 7 rano, po czym opuścili nas po wylewnych pożegnaniach oraz obietnicach utrzymania kontaktu. Około godziny 13 przyszła kolej na Marsylijczyków, a około 15 – na Anglików.

Wszystkie reprezentacje bez wyjątków były bardzo zadowolone ze spotkania, jednogłośnie uznając je za najlepszą sesję „Sztafety” do tej pory. Z przyjemnością zawiadamiam również o bliskiej perfekcji organizacji oraz perfekcyjnemu doborowi miejsca, czyli centrum Krakowa – ku uciesze wszystkich „naszych” dawna stolica Polski pokazała „zagranicznym” wszystko, co miała w tych dniach najlepsze.

Niniejszym serdecznie dziękujemy wszystkim przyjmującym oraz osobom mającym swój wkład w stworzenie tej sesji i ufamy, że ich trud i wysiłek zostanie w pamięci naszych gości.

Agent Komunikacyjny A & Agent Komunikacyjny B